niedziela, 20 marca 2011

Miłosna sinusoida

Trochę mnie nie było, ale to dlatego, że jak łatwo się domyśleć bardzo dużo się ostatnio wydarzyło. Chodzi głównie o znajomość z Łukaszem, która mocno  zawróciła mi w głowie. Po tym jak nasze spotkanie nie doszło do skutku długo rozmawialiśmy na gadu-gadu i bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Codziennie witaliśmy się niezwykle ciepłymi sms-ami, po których człowiek dostawał zastrzyku energii i był w stanie walczyć z każdą przeciwnością losu. Wieczorami przez internet wchodziliśmy głęboko w nasze dusze, a każdy z nas słyszał od tego drugiego właśnie to co potrzebował  usłyszeć. Sielanka trwała ponad tydzień, bardzo się ze sobą zżyliśmy, a nasze wirtualne spotkania stały się nieodzownym codziennym rytuałem. 

W związku z tym, pomimo wielu oporów z obu stron, postanowiliśmy się jednak spotkać na żywo. Obawy wynikały z tego, że znając się tylko przez internet wszystko wydawało się właśnie takie idealne, w sam raz. Wiedzieliśmy jak każdy z nas wygląda, bo wymieniliśmy się fotkami, ale wiadomo jak to jest ze zdjęciami - sporo można pokazać lub nie. Coś o tym wiem, bo sam lubię fotografować i nie jedną rzecz już zmanipulowałem. Istniała spora obawa, że po prostu na żywo wszystko się zmieni na gorsze i nie przypadniemy sobie do gustu. Ale cóż, klamka zapadła, spotkanie zostało wyznaczone i nie pozostało nic innego jak dokończyć sprawę. Umówiliśmy się na mieście u Łukasza, cały dzień padał okropny deszcz i atmosfera ogólnie nie sprzyjała romantycznym spotkaniom. Ale czy to w ogóle miało być romantyczne spotkanie? Umawialiśmy się z Łukaszem, że nie. Chcieliśmy się tylko spotkać jak przyjaciele, pogadać i zbliżyć się jeszcze bardziej, choć wydawało się, że wiemy już o sobie wszystko.

Przyszedłem do restauracji chwilę wcześniej, Łukasz pojawił się po kilku minutach. Zamówiliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Inaczej go sobie wyobrażałem. Chociaż sam wygląd kojarzyłem ze zdjęć, to jego ruchy, uśmiech, sposób mówienia itp. sprawiły, że zacząłem odbierać go jak innego człowieka. Poza kilkoma chwilami niezręcznej ciszy, rozmowa jako tako się nawet kleiła, ale sama restauracja nie sprzyjała intymnym zwierzeniom. Sporo gości, słychać było wszystkie rozmowy, a do tego kelner - przystojny łysy gej o piskliwym głosiku, przechodząc ciągle gapił się to na mnie, to na Łukasza. Obydwoje to zauważyliśmy i nie byliśmy nazbyt zachwyceni. Posiedzieliśmy dwie godziny, gadając raczej o sprawach ogólnych i przyziemnych, co w ogóle nie przypominało naszych wcześniejszych, głębokich rozmów. Pożegnaliśmy się dość sucho i rozjechaliśmy każdy we własną stronę.

Jadąc dużo myślałem o tym wszystkim, spotkanie nie było najwyższych lotów, ale Łukasz na pewno mnie zaciekawił swoją osobą i wzbudził chęć na dalsze pogłębianie naszych relacji. Jeszcze po drodze wysłał mi sms-a z zapytaniem, czy droga przebiega bezpiecznie i czy zbliżam się już do domu. Już w tej krótkiej informacji widziałem, że ze strony Łukasza coś się zmieniło. Gdy dojechałem do domu gadaliśmy jeszcze chwilę na gg, ale tak od niechcenia. Potem przez dwa dni napisał mi tylko raz wymuszonego sms--a i w ogóle nie gadaliśmy przez internet. Dopiero trzeciego dnia zagaił wieczorem na gadu-gadu. Dziwna była ta rozmowa. Ja się na wstępie wkurzyłem, że się nie odżywał, choć jestem zwykle opanowanym człowiekiem. On się zasłaniał ciężkim końcem tygodnia w pracy, tylko dlaczego tydzień wcześniej, gdy nasza znajomość była w rozkwicie mu to nie przeszkadzało? Już nie gadaliśmy tak jak kiedyś. To wszystko było jakieś takie płytkie, powierzchowne. Chciałem zamówić go na kolejne spotkanie, ale skutecznie wykręcał się od wszelkich deklaracji, tłumacząc się, że umówił się już ze znajomym. Na propozycje, aby spotkać się w trójkę w ogóle nie zareagował, a ja nie będę nikogo desperacko do niczego zmuszał. I na tym na razie stanęło.

Chcę być dobrze zrozumiany. To moje zainteresowanie Łukaszem nie jest efektem jakiegoś zadurzenia, tym bardziej nie odwzajemnionego z jego strony. Po prostu Łukasz stal się dla mnie bardzo bliską osobą, z którą mogłem poruszyć wiele tematów jak z nikim innym. Do naszego spotkania to samo czułem z jego strony. Po tych wszystkich jego zapewnieniach, że dla niego ważna jest przyjaźń a nie wygląd i miedzy nami nic się nie zmieni czuję teraz niesmak, bo to wszystko było pustym gadaniem. Takie to wszystko smutne i żal mi, że to wszystko się tak szybko potoczyło. Mogę śmiało określić to najkrótszą przyjaźnią w moim życiu.

Dlaczego tak jest, że faceci to takie świnie. Często wbrew swojej woli lub nieświadomie, ale jednak. Gdy spotykałem się z kobietami byłem taki sam.. Wtedy było mi super, było inaczej, było jak należy. Oczywiście poza drobnym szczegółem, że nie kręciły mnie seksualnie, ale poza tym było świetnie. To ja byłem panem sytuacji, to ja kierowałem nimi jak chciałem, to one za mną tęskniły i szukały mojej bliskości. A z facetami mam zawsze jakieś takie problemy. Nie jestem piękny, ale nie jestem na pewno szkaradny. Mam pewne mankamenty wyglądu, jak prawie każdy, ale przecież jestem wartościowym, inteligentnym, zaradnym i dobrym człowiekiem. Czy to wszystko w gejowskim świecie nie wystarczy, czy zawsze liczy się tylko to jedno? Zwierzęcy, bezduszny seks? I to nawet w przyjaźni, która powinna być od niego wolna, nie zbezczeszczona? Chce mi się klnąc na cały świat i pluć na te wszystkie piękne słowa wypowiadane przez Łukasza. W takich chwilach najchętniej rzuciłbym ten gejowski światek, ale z doświadczenia wiem, że i tak prędzej czy później do tego wrócę, wiec szkoda czasu. Samotność, chęć bliskości czy zwykłe pożądanie i tak w końcu zwycięży, a ja znów wpadnę jak śliwka w kompot w tą pokrętną zbieraninę powierzchowności i zakłamania. Dzisiaj mam na prawdę dość. Chciałbym bardzo, aby jutro wyszło słońce. Nie potrzebuje cudu, ale oczekuje chociaż odrobiny szczerości.

środa, 9 marca 2011

Czasem słońce, czasem deszcz

W tytule nie nawiązuję do pogody za oknem, bo słońca na pewno ostatnio nie brakuje, choć mogłoby być już cieplej. Bardziej chodzi mi o to, że w życiu zawsze przeplatają się te dobre i złe chwilę. Taki jest mój dzisiejszy dzień. Udało mi się załapać na obóz z Wojtkiem. Ogromnie się cieszę z naszego spotkania i mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Będę się bardzo starał, aby nie zmarnować tej szansy, ale wiele zależy od okoliczności. Oby były bardzo sprzyjające. To jednak dopiero za kilka tygodni, a poza tym nie było dzisiaj już tak różowo. 

Pisałem wczoraj, że mam dzisiaj spotkać się z Łukaszem. Witałem z uśmiechem dzień, a do tego dostałem od Łukasza kilka miłych sms-ów o poranku i myślałem, że tego dnia nad moimi planami nie pojawią się już żadne ciemne chmury. Jednak jak wiadomo życie potrafi zaskakiwać, bo Łukasz napisał że nie da rady zerwać się z pracy i ze spotkania nici. Trochę mnie to przybiło, bo nie lubię takiego zmieniania planów i już się nastawiłem na spotkanie, a tu dupa! Do tego znowu napisał do mnie Ten Stary i znów chce się spotkać. Już z nim zimą pisałem, ale było z nim coś nie tak i nie wzbudził mojego zaufania. Odczułem sporą ulgę, gdy nasza znajomość rozeszła się po kościach. Potem okazało się, że znów trafiłem na niego na innym portalu, ale rozpoznałem go dopiero po kilku mailach i oczywiście wykręciłem się od razu od tej znajomości. Do tego pojawiły się w internecie ostrzeżenia przed Tym Starym, więc tego już w ogóle było za wiele. Teraz się ciesze, że miałem sporo rozsądku i nie władowałem się w coś takiego.

Pomimo pozytywnych perspektyw na przyszłość związanych z Wojtkiem, dzisiejszy dzień trochę mnie podłamał i kończę go "przegrany na tarczy, a nie jako zwycięzca z tarczą". A do tego nie urządziłem jeszcze do końca mieszkania, które wynajmuje od jakiegoś czasu, a muszę załatwić jeszcze trzy rzeczy, aby żyć tu jak człowiek. Od dłuższego czasu nie mam do tego serca i odwleka się to w nieskończoność.


wtorek, 8 marca 2011

Od Wojtka

Dzisiaj na Facebooku odezwał się do mnie Wojtek. Spotkałem go zaledwie dwa razy w życiu na takim obozie i na konferencji, ale od razu go polubiłem i chyba z wzajemnością. Pomimo swoich 35-40 lat jest sam i nigdy nie było żonaty, więc jest coś na rzeczy. Wojtek mieszka niestety na drugim końcu Polski pod Warszawą, a mi tam nigdy nie było po drodze. A szkoda, bo strasznie lubię Wojtusia - to taki średnio wysoki facet przy kości,o rewelacyjnym poczuciu humoru i lubiący dobrze wypić, co w dzisiejszych czasach jest coraz rzadsze.

Napisał mi, że wybiera się na taki obóz i pyta czy też nie chcę jechać? Bardzo chce i mam nadzieję, że to wypali, a ja będę mógł spotkać się z Wojtkiem i lepiej go poznać. Jednak najbardziej zaskoczyło mnie właśnie to, że zaprasza mnie na ten obóz i jeszcze wypomniał, że nie byłem na poprzedniej konferencji. Przyznam, że miło mnie to zaskoczyło, bo rzadko się kontaktujemy i w mało ważnych sprawach, a tu nagle coś takiego. Jestem w pozytywnym szoku i mam nadzieję, że to wyjdzie, wiec trzymajcie kciuki. Wybaczcie, że ten tekst jest taki jakiś pokręcony, ale jestem tak poruszony, że nie stać mnie w tej chwili na nic lepszego :-)

Internetowy duet

Poznałem ostatnio przez internet faceta, który pracuje w Mieście, choć mieszka kilkadziesiąt metrów dalej. w Jeleniej Górze Jakież było moje zdziwienie, gdy rozmowa zeszła na temat lokalnego "środowiska" gejowskiego i on był znacznie lepszym specem w tej materii w moim mieście, a ja w jego. Tak jakoś dziwnie wyszło. Skwitował, że w mieście ciężko kogoś poznać, bo wszyscy są bardzo bojaźliwi i wystraszeni, ale to nic dziwnego skoro większość tutejszych homoseksualistów to żonaci faceci z rodzinami - kolejna prawidłowość typowa dla małego miasta.

Mój internetowy znajomy to bardzo ciekawa postać. Jak rzadko który facet bardzo mnie zainteresował, ale mam co do niego strasznie mieszane odczucia. Podał mi w rozmowie szczegóły dzięki którym znalazłem go na Naszej Klasie, zobaczyłem jak wygląda i w ogóle więcej się dowiedziałem. Jak zobaczyłem jedno z jego zdjęć to załapałem, że widziałem to już na fellow.pl, a to oznacza, że mój znajomy mam tam dwa profile., jeden z fotkami i drugi bez Po co mu aż dwa, tego nie wiem, ale jest to podejrzane. Przyznam się szczerze, że ja też chyba 2-3 razy zakładałem tam nowe profile, gdy stare już przestały mi pasować, ale zawsze ten wcześniejszy kasowałem.

Łukasz, bo tak się nazywa nowy znajomy, ujął mnie swoją szczerością i otwartością. Dobrze się z nim rozmawia na gadu-gadu. Od razu widać inteligentny chłop z głową na karku, ale to wszystko wydaje mi się zbyt piękne. Z urody dosyć przeciętny, ale ma coś w sobie, a co ciekawe przypomina mojego poprzedniego faceta Krzyśka i to bardzo. Niezły zbieg okoliczności. Oby miał tylko więcej oleju w głowie, bo tamten pożałowania był wart, totalny brak rozsądku i zupełnie nieporadny, więc musiałem się z tego wykręcić. Nie było łatwo, ale się udało. Niemniej do tej pory boję się jeździć do Jeleniej Góry, z obawy przed przypadkowym spotkaniem Dostaje czasami dziwne sms-y i maile, ale postanowiłem konsekwentnie nie odpisywać.

Ciekawe co będzie z Łukaszem? Z jednej strony niewiele sobie po tej znajomości obiecuje, a z drugiej strony ma on coś w sobie. Może jutro się z nim spotkam w Jeleniej Górze to zobaczymy, jak się sprawy potoczą. Obawiam się tylko tego, czy jak się poznamy to czy wszystkiego to nie skomplikuje. Nawet jeśli nic z tej znajomości nie wyjdzie to będzie ryzyko, że gdzieś możemy się przypadkiem spotkać na mieście, albo zobaczy mnie z kimś z kim nie powinien widzieć i będzie niezręcznie. Martwi mnie to, ale przekonamy się co będzie.

poniedziałek, 7 marca 2011

Z busa

Pojechałem dzisiaj z miasta busem do małej wioski na odludziu. Nie wiem właściwie po co się tam wybierałem, bo tym razem nic ważnego mnie tam nie goniło. Liczyłem chyba tylko na to, że trafi się ten sam kierowca, który wiózł mnie tam latem. Pamiętam jak dziś, gdy wpakowałem się z ciężkim plecakiem do busa, wyciągam pieniądze, aby zapłacić za przejazd, unoszę wzrok, a tam on. Nigdy nie zapomnę tych cudownych brązowych oczu kierowcy, które patrzyły bez lęku prosto w moją twarz. To cudowne, trwające chyba w nieskończoność spojrzenie. Zamieszało mi się w głowie, ale jakoś zapłaciłem i usiadłem tak, aby móc oglądać go z boku, patrzeć na jego delikatnie owłosione, napięte od kierowania busem ręce. I potem jeszcze jedno cudowne, długie spojrzenie, gdy wysiadałem i poprosiłem o rozkład. Ale to było wszystko. Bus odjechał, a piękny kierowca razem z nim. 

Dzisiaj prowadził już ktoś inny, jakiś młody facet o bardzo przeciętnym wyglądzie. Zostało tylko wspomnienie cudownego letniego dnia i równie słonecznego spojrzenia. Mam nadzieję, że gdzieś tam w przyszłości jeszcze się spotkamy.

niedziela, 6 marca 2011

Ciężkie poczatki

Zaczynam pisać tego bloga w stanie, gdy nie jestem do końca poczytalny. Wynika to niestety z choroby, która mnie niespodziewanie nawiedziła. Spokojnie, spokojnie! Nie chodzi właściwie o nic strasznego, ot zwykłe przeziębienie. Jednak ja rzadko choruję i taka choróbka to dla mnie prawdziwa tragedia i nie mogę się pozbierać. Dzisiaj warczałem na lewo i prawo, bo świdrowanie w nosie i zatkane zatoki doprowadzały mnie do szału, także niektórym dostało się rykoszetem. i aż trudno uwierzyć, że jako osoba zrównoważona i rozsądna mogłem zachowywać się niczym kobieta w czasie okresu. Ale nic, teraz czuje się już lepiej, dlatego stać mnie na tak celny osąd mojej dzisiejszej postawy. Nie jestem z siebie dumny, ale przecież ostrzegałem. 

Porzućmy jednak codzienne problemy. Wiosna coraz bliżej, ale zanim to się wszystko rozhula wolę siedzieć w domu, gdzie dopadają mnie przeróżne wspomnienia z przeszłości. W pracy ostatnio niewiele roboty i można odetchnąć, więc często myślę sobie  o facetach, których spotkałem w swoim życiu. Najpierw w pamięci nasuwa mi się szkolny katecheta, ponieważ był pierwszym mężczyzną w którym się zakochałem. Był wysoki, trochę przy kości, przystojny, bezpośredni ale jednocześnie cudownie ciapowaty. Podczas gdy on rozpisywał na tablicy zawiłości boskiej miłości, ja myślałem tylko o tej ludzkiej. Nigdy nie zapomnę jak wtedy moje myśli galopowały wśród namiętnych wyobrażeń, że zostajemy sami w klasie, a on zaczyna mnie tulić i całować. I tak przez cztery lata jako jeden z niewielu gniłem na nudnych lekcjach religii, aby patrzeć na ten cudowny tyłek i marząc że któregoś dnia on weźmie mnie mocno w swoje objęcia. A wszyscy myśleli, że to żarliwa wiara mnie tam trzymała - akurat! Miłość idealna, bo nigdy niespełniona i może dobrze, bo niesplamiona złymi emocjami i dobrze to teraz wspominać.

W czasach szkolnych w ogóle nie interesowałem się chłopakami w moim wieku. Po co było zawracać sobie głowę tymi chuderlawymi chłystkami, skoro wokół byli prawdziwi, dojrzali faceci, pod których spojrzeniem miękły mi kolana i to pomimo, że nie jestem "przegiętą ciotą" i męskości mi nie brak. Na widok postawnego faceta czułem się jednak niczym niedoświadczona panienka, która pod niezlęknionym spojrzeniem faceta płonie cała ze wstydu. Potem były platoniczne, nigdy nie spełnione zadurzenia, miłostki i wkręty, ale dopiero na drugim roku studiów mój świat przewrócił się do góry nogami. Trafiłem do jego grupy ćwiczeniowej przypadkiem, bo musiałem się zamienić na godziny, a On na początku mnie zbeształ, że nie ma miejsc i chciał odprawić. Na szczęście postanowiłem walczyć, trochę się popłaszczyć, czego osobiście nienawidzę, ale zadziałało i trafiłem do jego grupy. Szybko okazało się, że w jego dziedzinie umiałem się pokazać, już na drugich zajęciach zrobiłem na nim wrażenie i wkrótce stałem się pupilkiem oraz przedstawicielem kolegów z grupy, który zawsze ratował sytuacje w momentach trudnych pytań. Bardzo szybko zawiązała się między nami ta niesamowita więź, co musiałem skrzętnie ukrywać i cały czas pilnować się przed innymi studentami. On wkrótce zaproponował mi współprace przy jego projekcie i zaczęły się nasze wspólne wyjazdy. 

To był cudowny rok. Pomimo, że na studiach musiałem liczyć się z każdym groszem i żyłem bardzo skromnie to w ogóle mnie to nie martwiło. No bo jak zaprzątać sobie głowę takimi bzdurami, gdy właśnie wyjeżdżałem z nim na kolejny całodniowy wyjazd sam na sam. Szybko okazało się, że On ma  żonę i dzieci, co jako niedoświadczony gej wziąłem za pewny dowód jego heteroseksualnej natury. Jednak ciągle podświadomie czułem, że te jego spojrzenia, uśmiechy, czasami przyjacielskie klepnięcia oraz muśnięcia, szczere rozmowy i ogromne zaufanie, którym mnie darzył, że to mogło coś znaczyć. Żyłem wtedy teraźniejszością i nadzieją, że coś się wreszcie wydarzy. Moglibyście zapytać, czemu sam nic nie zrobiłem, czemu nie zaryzykowałem? Wtedy po prostu nie byłem w stanie, byłem jeszcze innym człowiekiem. Czy chłopak wychowany w małym miasteczku, gdzie "pedały" są jakimś egzotycznym wydarzeniem, chorobliwie nieśmiały i traktujący z namaszczeniem swojego Mistrza mógł mu tak po prostu powiedzieć prawdę, zaryzykować wszystko i wyznać swoją miłość? Nigdy w życiu!!!! Niestety ten cudowny rok szybko upłynął mi na takich rozterkach, a potem już takie wyjazdy się przez dwa lata nie powtarzały. Mieliśmy cały czas oficjalny kontakt, wspólne studenckie wyjazdy, ale to już nie było to. Teraz wiem, że ewidentnie wtedy nas do siebie ciągnęło, ale na przeszkodzie stał cały nasz świat. Widziałem tylko jego, nie było nikogo innego. Długo i boleśnie cierpiałem w sobie, a do tego komu miałem się zwierzyć? Jak? Zawsze do tej pory byłem twardy i nigdy nie płakałem, ale wtedy za tą niespełnioną miłością łkałem w ukryciu do utraty tchu i jeszcze dziś pamiętam to bolesne kołatanie serca. Nasze drogi naturalnie coraz bardziej rozchodziły się, w związku z czym nasz kontakt stał się fragmentaryczny i powierzchowny, choć zdarzały się wyjątkowo cudowne wspólne chwile, których moje nadzieje chwytały się niczym tonący brzytwy. Nic się jednak nie wydarzyło. 

Przyszło kolejne gorące lato, jeszcze tylko rok do końca studiów i wtedy przyszła od niego wiadomość. Było to jakże upragnione pytanie, czy nie chciałbym mu pomóc w kolejnych badaniach, związanych z kilkudniowymi wyjazdami. Skakałem ze szczęścia, że los znów daje mi taką szansę i od razu się zgodziłem. Moje nadzieje znów rozbłysły niczym kometa i choć było to z mojej strony naiwne to jak wiemy, rozsądek nie miał tu nic do rzeczy, bo nadzieja matką głupich. Wyjechaliśmy razem dwa razy. Dnie wypełniały nam długie godziny ciężkiej i monotonnej pracy, a wieczorami siedzieliśmy przy piwie i rozmawialiśmy długo i szczerze. Jednak żaden z nas nie wyszedł ani na centymetr ze swojej skorupy, żaden się nie zdradził. Spaliśmy sami w sąsiednich łóżkach w tym samym pokoju, a ja marzyłem że On wstanie i bez słowa przyjdzie do mnie, wsunie się pod kołdrę i mocno mnie przytuli. nie obchodziło mnie co byłoby potem, bo reszta potoczyłaby się sama. Wtedy wiedziałbym już wszystko! Wyjazdy się skończyły, a my zostaliśmy przyjaciółmi. Co gorsza poznałem też jego żonę i dzieci, stając się przyjacielem całej rodziny. Od początku uwielbiałem te dzieciaki, bo miały w sobie tyle z Niego, ale nienawidziłem długo ich matki. Okazało się jednak, że była ona wspaniałą kobietą i chcąc nie chcąc również ona stała się mi bliska. To był chyba jednak początek końca mojego wielkiego uczucia, bo nie potrafiłem stanąć między nim, a jego rodziną i coś wtedy we mnie umarło, a żar powoli przygasał. Teraz spotykamy się rzadko i nie brak mi go. Zazwyczaj nic już nie czuje, chyba tylko  zwykłą przyjaźń. Rzadko się spotykamy i wtedy myślę sobie jaka dziwna była ta miłość. Teraz gdy na niego patrze nie wydaje mi się ani trochę przystojny, czasami głupio gada i potrafi być na prawdę irytujący. Ale On był moją pierwszą prawdziwą miłością, moim mistrzem i powietrzem. Z moim obecnym doświadczeniem wiem, że i On to do mnie czuł i mnie kochał, ale wtedy nie potrafiłem czytać jego sygnałów. Wtedy byłem inny - wystraszony, nieśmiały i zamknięty. Dziś już wszystko rozumiem, tylko my i nasze uczucia nie są już takie same i nie da się już wrócić do tego co było. Nasza skrywana miłość uschła z czasem niczym delikatny kwiat pozbawiony słońca i została tylko goła ziemia, na której musi wyrosnąć coś nowego. 

Tylko po co ta cała przydługa historia? Po to, abyście zobaczy jak wygląda miłość gejów w małym mieście. Na prowincji miłość mężczyzny do mężczyzny to historia nie tylko nie skończona, ale najczęściej w ogóle nie rozpoczęta. To opowieść skrywanych chorobliwie uczuć, uciekających spojrzeń i nigdy nie wypowiedzianych słów. To przekleństwo niechcianych, a wymuszonych przez otoczenie nieszczęśliwych związków z kobietami. To pasmo powierzchownych internetowych znajomości, samotności i podeptanych nadziei.
Miłość gejowska w małym mieście to miłość zakazana, ukryta i niespełniona.

No to jestem

Długo broniłem się rękoma i  nogami przed pisaniem własnego bloga, ale wreszcie postanowiłem spróbować. Chciałbym w tym miejscu podzielić się własnymi przeżyciami, obserwacjami i przemyśleniami, ale tymi którymi nie mogę podzielić się z nikim innym w realnym życiu. Od dawna już ciąży mi to, że jako gej z prowincji nie mam się przed kim wygadać i poradzić. Zapraszam więc do śledzenia i komentowania, bo chciałbym aby ten blog był miejscem ożywionej dyskusji, po której aż zostają wypieki na twarzy, a mózg pracuje na zwiększonych obrotach. Czy tak będzie zależy to od mojej sumienności, ale zobaczymy. Zapraszam!