niedziela, 6 marca 2011

Ciężkie poczatki

Zaczynam pisać tego bloga w stanie, gdy nie jestem do końca poczytalny. Wynika to niestety z choroby, która mnie niespodziewanie nawiedziła. Spokojnie, spokojnie! Nie chodzi właściwie o nic strasznego, ot zwykłe przeziębienie. Jednak ja rzadko choruję i taka choróbka to dla mnie prawdziwa tragedia i nie mogę się pozbierać. Dzisiaj warczałem na lewo i prawo, bo świdrowanie w nosie i zatkane zatoki doprowadzały mnie do szału, także niektórym dostało się rykoszetem. i aż trudno uwierzyć, że jako osoba zrównoważona i rozsądna mogłem zachowywać się niczym kobieta w czasie okresu. Ale nic, teraz czuje się już lepiej, dlatego stać mnie na tak celny osąd mojej dzisiejszej postawy. Nie jestem z siebie dumny, ale przecież ostrzegałem. 

Porzućmy jednak codzienne problemy. Wiosna coraz bliżej, ale zanim to się wszystko rozhula wolę siedzieć w domu, gdzie dopadają mnie przeróżne wspomnienia z przeszłości. W pracy ostatnio niewiele roboty i można odetchnąć, więc często myślę sobie  o facetach, których spotkałem w swoim życiu. Najpierw w pamięci nasuwa mi się szkolny katecheta, ponieważ był pierwszym mężczyzną w którym się zakochałem. Był wysoki, trochę przy kości, przystojny, bezpośredni ale jednocześnie cudownie ciapowaty. Podczas gdy on rozpisywał na tablicy zawiłości boskiej miłości, ja myślałem tylko o tej ludzkiej. Nigdy nie zapomnę jak wtedy moje myśli galopowały wśród namiętnych wyobrażeń, że zostajemy sami w klasie, a on zaczyna mnie tulić i całować. I tak przez cztery lata jako jeden z niewielu gniłem na nudnych lekcjach religii, aby patrzeć na ten cudowny tyłek i marząc że któregoś dnia on weźmie mnie mocno w swoje objęcia. A wszyscy myśleli, że to żarliwa wiara mnie tam trzymała - akurat! Miłość idealna, bo nigdy niespełniona i może dobrze, bo niesplamiona złymi emocjami i dobrze to teraz wspominać.

W czasach szkolnych w ogóle nie interesowałem się chłopakami w moim wieku. Po co było zawracać sobie głowę tymi chuderlawymi chłystkami, skoro wokół byli prawdziwi, dojrzali faceci, pod których spojrzeniem miękły mi kolana i to pomimo, że nie jestem "przegiętą ciotą" i męskości mi nie brak. Na widok postawnego faceta czułem się jednak niczym niedoświadczona panienka, która pod niezlęknionym spojrzeniem faceta płonie cała ze wstydu. Potem były platoniczne, nigdy nie spełnione zadurzenia, miłostki i wkręty, ale dopiero na drugim roku studiów mój świat przewrócił się do góry nogami. Trafiłem do jego grupy ćwiczeniowej przypadkiem, bo musiałem się zamienić na godziny, a On na początku mnie zbeształ, że nie ma miejsc i chciał odprawić. Na szczęście postanowiłem walczyć, trochę się popłaszczyć, czego osobiście nienawidzę, ale zadziałało i trafiłem do jego grupy. Szybko okazało się, że w jego dziedzinie umiałem się pokazać, już na drugich zajęciach zrobiłem na nim wrażenie i wkrótce stałem się pupilkiem oraz przedstawicielem kolegów z grupy, który zawsze ratował sytuacje w momentach trudnych pytań. Bardzo szybko zawiązała się między nami ta niesamowita więź, co musiałem skrzętnie ukrywać i cały czas pilnować się przed innymi studentami. On wkrótce zaproponował mi współprace przy jego projekcie i zaczęły się nasze wspólne wyjazdy. 

To był cudowny rok. Pomimo, że na studiach musiałem liczyć się z każdym groszem i żyłem bardzo skromnie to w ogóle mnie to nie martwiło. No bo jak zaprzątać sobie głowę takimi bzdurami, gdy właśnie wyjeżdżałem z nim na kolejny całodniowy wyjazd sam na sam. Szybko okazało się, że On ma  żonę i dzieci, co jako niedoświadczony gej wziąłem za pewny dowód jego heteroseksualnej natury. Jednak ciągle podświadomie czułem, że te jego spojrzenia, uśmiechy, czasami przyjacielskie klepnięcia oraz muśnięcia, szczere rozmowy i ogromne zaufanie, którym mnie darzył, że to mogło coś znaczyć. Żyłem wtedy teraźniejszością i nadzieją, że coś się wreszcie wydarzy. Moglibyście zapytać, czemu sam nic nie zrobiłem, czemu nie zaryzykowałem? Wtedy po prostu nie byłem w stanie, byłem jeszcze innym człowiekiem. Czy chłopak wychowany w małym miasteczku, gdzie "pedały" są jakimś egzotycznym wydarzeniem, chorobliwie nieśmiały i traktujący z namaszczeniem swojego Mistrza mógł mu tak po prostu powiedzieć prawdę, zaryzykować wszystko i wyznać swoją miłość? Nigdy w życiu!!!! Niestety ten cudowny rok szybko upłynął mi na takich rozterkach, a potem już takie wyjazdy się przez dwa lata nie powtarzały. Mieliśmy cały czas oficjalny kontakt, wspólne studenckie wyjazdy, ale to już nie było to. Teraz wiem, że ewidentnie wtedy nas do siebie ciągnęło, ale na przeszkodzie stał cały nasz świat. Widziałem tylko jego, nie było nikogo innego. Długo i boleśnie cierpiałem w sobie, a do tego komu miałem się zwierzyć? Jak? Zawsze do tej pory byłem twardy i nigdy nie płakałem, ale wtedy za tą niespełnioną miłością łkałem w ukryciu do utraty tchu i jeszcze dziś pamiętam to bolesne kołatanie serca. Nasze drogi naturalnie coraz bardziej rozchodziły się, w związku z czym nasz kontakt stał się fragmentaryczny i powierzchowny, choć zdarzały się wyjątkowo cudowne wspólne chwile, których moje nadzieje chwytały się niczym tonący brzytwy. Nic się jednak nie wydarzyło. 

Przyszło kolejne gorące lato, jeszcze tylko rok do końca studiów i wtedy przyszła od niego wiadomość. Było to jakże upragnione pytanie, czy nie chciałbym mu pomóc w kolejnych badaniach, związanych z kilkudniowymi wyjazdami. Skakałem ze szczęścia, że los znów daje mi taką szansę i od razu się zgodziłem. Moje nadzieje znów rozbłysły niczym kometa i choć było to z mojej strony naiwne to jak wiemy, rozsądek nie miał tu nic do rzeczy, bo nadzieja matką głupich. Wyjechaliśmy razem dwa razy. Dnie wypełniały nam długie godziny ciężkiej i monotonnej pracy, a wieczorami siedzieliśmy przy piwie i rozmawialiśmy długo i szczerze. Jednak żaden z nas nie wyszedł ani na centymetr ze swojej skorupy, żaden się nie zdradził. Spaliśmy sami w sąsiednich łóżkach w tym samym pokoju, a ja marzyłem że On wstanie i bez słowa przyjdzie do mnie, wsunie się pod kołdrę i mocno mnie przytuli. nie obchodziło mnie co byłoby potem, bo reszta potoczyłaby się sama. Wtedy wiedziałbym już wszystko! Wyjazdy się skończyły, a my zostaliśmy przyjaciółmi. Co gorsza poznałem też jego żonę i dzieci, stając się przyjacielem całej rodziny. Od początku uwielbiałem te dzieciaki, bo miały w sobie tyle z Niego, ale nienawidziłem długo ich matki. Okazało się jednak, że była ona wspaniałą kobietą i chcąc nie chcąc również ona stała się mi bliska. To był chyba jednak początek końca mojego wielkiego uczucia, bo nie potrafiłem stanąć między nim, a jego rodziną i coś wtedy we mnie umarło, a żar powoli przygasał. Teraz spotykamy się rzadko i nie brak mi go. Zazwyczaj nic już nie czuje, chyba tylko  zwykłą przyjaźń. Rzadko się spotykamy i wtedy myślę sobie jaka dziwna była ta miłość. Teraz gdy na niego patrze nie wydaje mi się ani trochę przystojny, czasami głupio gada i potrafi być na prawdę irytujący. Ale On był moją pierwszą prawdziwą miłością, moim mistrzem i powietrzem. Z moim obecnym doświadczeniem wiem, że i On to do mnie czuł i mnie kochał, ale wtedy nie potrafiłem czytać jego sygnałów. Wtedy byłem inny - wystraszony, nieśmiały i zamknięty. Dziś już wszystko rozumiem, tylko my i nasze uczucia nie są już takie same i nie da się już wrócić do tego co było. Nasza skrywana miłość uschła z czasem niczym delikatny kwiat pozbawiony słońca i została tylko goła ziemia, na której musi wyrosnąć coś nowego. 

Tylko po co ta cała przydługa historia? Po to, abyście zobaczy jak wygląda miłość gejów w małym mieście. Na prowincji miłość mężczyzny do mężczyzny to historia nie tylko nie skończona, ale najczęściej w ogóle nie rozpoczęta. To opowieść skrywanych chorobliwie uczuć, uciekających spojrzeń i nigdy nie wypowiedzianych słów. To przekleństwo niechcianych, a wymuszonych przez otoczenie nieszczęśliwych związków z kobietami. To pasmo powierzchownych internetowych znajomości, samotności i podeptanych nadziei.
Miłość gejowska w małym mieście to miłość zakazana, ukryta i niespełniona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz